-
Cmentarzysko samochodów pod Warszawą
Pośród samochodów, które skończyły żywot na tych posesjach, były takie klasyki jak opel GT należący wcześniej do Andrzeja Jaroszewicza, porsche najprawdopodobniej należące do Maryli Rodowicz, plymouth Romana Polańskiego czy też renault frégate z 1952 r. należące do premiera Cyrankiewicza.
Początki wielkiej kolekcji klasyków
Tadeusz Tabencki był wielkim miłośnikiem samochodów i motocykli. W czasach PRL-u pracował jako urzędnik państwowy wysokiego szczebla i samochody, które były wtedy wyrejestrowywane, przechodziły przez urząd, w którym pracował. Tabencki w łatwy sposób odkupował te samochody, remontował i kolekcjonował na swoich dwóch działkach pod Warszawą w Grodzisku Mazowieckim. Jak podają różne źródła, korzystając z szerokich i niemal nieograniczonych uprawnień w zakresie rekwirowanych aut, udało mu się, za cichym przyzwoleniem władzy ludowej, wiele z nich przygarnąć. Bardzo dużo aut zarekwirował po wojnie, ogromną liczbę także sprzedał na Zachód w latach 60 i 70.
Znajdowały się tam prawdziwe perełki: maybach zeppelin, bugatti, mercedesy 500 K i 540 K
Tadeusz Tabencki rozpoczął kolekcjonowanie samochodów już przed wojną. Kolekcja latami się rozrastała, aż w czasach świetności znajdowało się w niej nawet około 300 samochodów i 200 motocykli. Znaleźć tam można było takie klasyki jak citroen DS i renault frégate. Stały tam też prawdziwe perełki, takie jak maybach zeppelin, bugatti, mercedesy 500 K i 540 K Special Roadster i wiele innych. Na posesji znajdowała się też czerwona lancia 2000, która należała kiedyś do włoskiego ambasadora, a także samochód jaga zbudowany przez Adama Słodowego. Najciekawsze okazy były przechowywane w zamkniętych halach, to tutaj w tle widać na zdjęciu czerwone porsche, którym najprawdopodobniej jeździła kiedyś Maryla Rodowicz.
Pojazdy o mniejszych wartościach właściciel ustawiał na posesji w szachownicę, co miało utrudnić złodziejom ewentualne kradzieże. Szabrownicy byli na tyle bezczelni, że potrafili przychodzić w nocy i grozić właścicielowi śmiercią, rozkradając różne elementy czy nawet wyprowadzać z garaży kompletne auta. W tych stojących pod gołym niebem właściciel nawet odkręcał koła, żeby utrudnić złodziejom robotę. Była to największa kolekcja samochodów w Polsce. Tabencki planował ze swojej kolekcji stworzyć coś w rodzaju muzeum motoryzacji, jednak jego plany z różnych powodów nie doszły do skutku.
Smutny koniec fascynującej kolekcji
Tadeusz Tabencki zmarł w roku 1996, jednak duża część samochodów zaczęła ginąć jeszcze w czasach, kiedy żył. Niestety po jego śmierci samochody pozostawione były same sobie. Pozbawione opieki coraz częściej padały łupem złodziei. Sąsiedzi twierdzą, że już w dniu pogrzebu Tabenckiego skradziono kilka samochodów. Z dnia na dzień kolekcji ubywało, auta były kradzione prawdopodobnie na zlecenie. Częściowo zostały, rozszabrowane, pocięte na mniejsze części, aby łatwiej je można wynieść. Z kolekcji motocykli nie zostało już nic, były to maszyny najłatwiejsze do wyprowadzenia. Co ciekawe, w zbiorach pana Tadeusza była również bardzo cenna kolekcja kolejek elektrycznych, która także została po jego śmierci rozkradziona.
Dzisiaj wiele samochodów praktycznie nie da się rozpoznać, głównie z powodu kradzieży na ogromną skalę, ale również wskutek warunków atmosferycznych. Mocno zardzewiałe same skorupy pojazdów gniją zapomniane na działkach w Grodzisku Mazowieckim. Obecnie niewiele pozostało z niegdyś ogromnej kolekcji. Stoją tam tylko te samochody, które nie są wartościowe dla kolekcjonerów. W większości mocno zniszczone i zdekompletowane kończą powoli swój żywot na zarośniętych posesjach. Na bramie do dzisiaj wisi gruby łańcuch, który miał powstrzymać złodziei przed kradzieżami.
-
Awaria limuzyny Macrona
Opancerzony Renault Espace, którym prezydent Francji Emmanule Macron przyjechał do prezydenta Dudy, odmówił posłuszeństwa i nie drgnął z miejsca – nieoficjalnie dowiedział się dziennik.pl. „Może jednak nie powinniśmy przyjmować propozycji francuskiej pomocy z elektrowniami atomowymi?” – powiedział nam Maciej Pertyński, dziennikarz motoryzacyjny i juror plebiscytu World Car of the Year.Prezydent Francji Emmanuel Macron rozpoczął dwudniową oficjalną wizytą w Polsce. Pierwszym punktem pobytu było spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą.
Po spotkaniu w Pałacu Prezydenckim Macrona czekało niemiłe zaskoczenie. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jego opancerzony Renault Espace.FR odmówił posłuszeństwa i nie dało się go uruchomić. Awaria musiała być poważna, ponieważ służby odpowiedzialne za ochronę zdecydowały, że prezydent Francji przesiądzie się do nieopancerzonego Citroena C6. Tę limuzynę podstawił ambasador Francji.
Sytuacja wywołał poruszenie w środowisku motoryzacyjnym.
– Jeszcze wcale nie tak dawno kiedy francuski prezydent przemieszczał się gdziekolwiek na świecie, używał Citroenów w wersjach na specjalne zamówienie, które przygotowywała słynna firma karoseryjna Chapron – powiedział dziennik.pl Maciej Pertyński, dziennikarz motoryzacyjny i juror plebiscytu World Car of the Year. – Jeszcze jako dzieciak w 1967 r., kiedy w Sopocie machałem wśród rozentuzjazmowanego tłumu w Sopocie z „barana” mojego ojca, widziałem Charlesa de Gaulle’a w kabriolecie DS-21 – i od razu było widać, że to jedzie KTOŚ. Potem były różne odmiany CX-ów (model ulubiony także przez przywódcę NRD, Niemieckiej Republiki Demokratycznej – w przeciwieństwie do niedemokratycznej oczywiście, było kiedyś takie państwo, Ericha Honeckera), były specjalne wersje Peugeotów 607 (Landaulet, półkabriolet) – wszystko to dostojne auta o wspaniałej prezencji. A potem niestety szefowie rządów Najstarszej Córy Kościoła zaczęli używać dziwadeł. Był DS7 (SUV!), a teraz na koniec – van. Renault Espace – wspomina.Nasz rozmówca zauważa, że prezydencki samochód mimo przygotowania do nowej i szczególnej roli, opancerzenia i zapewne dopracowania konstrukcji, ma takie same fochy, jak seryjny Espace.
– Czyli: a ja pańskiego płaszcza nie mam, i co pan mi teraz zrobi. Nie, bo nie. Nie odpalę. I właśnie tak zrobił. Cholera, może jednak nie powinniśmy przyjmować propozycji francuskiej pomocy z elektrowniami atomowymi? – zastanawia się Pertyński.